Jak jednocześnie prowadzić 3 firmy i pracować na etacie – rozmowa z Krzysztofem Lisieckim – właścicielem sieci sklepów “Pasikonik”

Dzisiaj jesteśmy gośćmi Krzysztofa Lisieckiego, który w 2004 r. przyjechał do Lincoln. Po kilku latach pracy jego kariera potoczyła się w kierunku biznesu. Chciałbym zacząć od Twoich początków Krzysztof. Jak to się stało, że przyjechałeś akurat do Lincoln? 

Pierwszym miejscem był Londyn, ja przyjechałem do ojca i miałem u niego zostać dwa tygodnie. Później razem pojechaliśmy do Lincoln. Jak każdy, poszedłem do pracy.

Ile pracowałeś w pierwszej pracy?

No, nawet dwa czy trzy lata. Potem zacząłem mieć ambicje, moje zarobki – nawet po przeliczeniu na złotówki – przestały dawać mi satysfakcję. Zacząłem więc myśleć nad zmianą. Zacząłem od zmiany kwalifikacji. Chciałem pracować jako ochroniarz, np. w klubach, w różnych miejscach. Zdobyłam te kwalifikacje, odszedłem z pracy i zaczął pracować jako ochroniarz. W pierwszej chwili obawiałem się, że popełniłem błąd. W fabryce, w której pracowałem dotychczas, wypracowałem już sobie pewną pozycję, doszedłem do poziomu menadżerskiego, a przechodząc na ochronę wylądowałem z minimalnym wynagrodzeniem, mimo że obiecywano mi złote góry. Musiałem więc znowu zaczynać od zera. Dostałem „liścia” od życia. Szybko zacząłem piąć się do góry, właściciel firmy zaważył mnie i pomagał mi w rozwoju. Poznałem dużo ludzi, którzy ułatwiali mi wiele różnych rzeczy. I właśnie wtedy zacząłem myśleć o otwarciu biznesu, miałem coraz większe grono znajomych, układało mi się też pod względem finansowym, nie musiałem się więc tym stresować. Ponieważ pracowałem wieczorami, dnie miałem wolne i miałem wiele czasu do namysłu. Doszedłem do wniosku, że brakuje tutaj czegoś dla wszystkich: warsztatu samochodowego. Zauważyłem lukę na rynku, poznałem mojego obecnego wspólnika…

Masz sam doświadczenie w naprawie samochodów?

Bardzo ogólne…

W takim razie skąd ten pomysł?

Miałem znajomego, który naprawiał auta na ulicy i porozmawiałem z nim. Ja miałem pieniądze na inwestycję, znaleźliśmy lokal i otworzyliśmy warsztat. Byliśmy pierwszym warsztatem samochodowym w Lincoln. On zajmował się naprawami, ja – sprawami biznesowymi, reklamą, klientami, ogólnie nakręcaliśmy się nawzajem.

Mówiłeś wcześniej, że najpierw pracowałeś w fabryce, potem jako ochroniarz. Skąd miałeś wiedzę, żeby zainwestować w miejsce, otworzyć coś?

Może mam to po ojcu. On działał za czasów komuny, potrafił zrobić z niczego wszystko. Miał sklepy, dawne pijalnie piwa, restauracje. Koło niego zawsze działo się wiele.

Czyli doświadczenie handlu i biznesu masz we krwi? 

Tak, na to by wyglądało. Nigdy nie szedłem w tym kierunku, studiowałem co prawda marketing i zarządzanie, ale to było zaocznie, jeszcze na dodatek na prywatnej uczelni, więc niewiele z tego wyciągnąłem. Biznes był strzałem w dziesiątkę. Tyle ludzi zaczęło się umawiać, że aż nie mogliśmy się wyrobić, wszyscy jeździli tak rozwalonymi autami, że było dużo pracy. Pracowaliśmy. Ja jeszcze pracowałem wieczorami w ochronie. Na początku trzeba było rozbudować biznes, zbudować „consumer base”, zebrać stałych klientów.

Czyli otwierałeś biznes i jednocześnie nadal pracowałeś w ochronie. 

Wtedy już więcej zarabiałem i czułem się pewniej. Później otworzyliśmy duży warsztat w kolejnym mieście. Trochę przestałem się dogadywać ze wspólnikiem, a dzięki otworzeniu drugiego warsztatu jeden wspólnik był w jednym miejscu, drugi w drugim i myślałem, że to wszystko wyleczy. Jednakże – powiem tak – różnie bywa, nasze drogi się rozeszły. On został w Bostonie. Ja nadal chciałem się rozwijać. Wtedy powstał pomysł by utworzyć Studio 13 – salon fryzjerski i solarium.

To już zupełnie inne bajka. Miałeś w tym jakieś doświadczenie?

Zupełnie nie. Chyba nie wyglądam na fryzjera? Była tutaj luka w rynku: był tylko jeden polski zakład fryzjerski, na który wszyscy narzekali. Dlatego stworzyliśmy „odstrzelony” zakład fryzjerski w polskim stylu. Zaczęliśmy go prowadzić, nawet z sukcesami. Klienci byli. To było tak w 2005, 2006 r. Ja żonglowałem czasem. Fryzjerstwo, zakład samochodowy, firma ochroniarska…

Co było wówczas twoim obowiązkiem w tych biznesach?

Ja zarządzałem, tylko i wyłącznie.

Jak można zarządzać dwoma różnymi biznesami?

Nie wiem, ale było trzeba. Tak ciągnąłem te trzy rzeczy, aż doszła czwarta, mój największy przełom w biznesie i najważniejszy krok, czyli polski supermarket. Najpierw był „Lajkonik”. To była wielka zmiana i wielka inwestycja. Musieliśmy dokonać inwestycji większej, niż na jaką było nas stać. Ryzyko było gigantyczne, położyliśmy wszystko na jedną kartę, bo wtedy gdyby „Lajkonik” nie wyszedł, wszystkie inne biznesy splajtowałyby. To było największe ryzyko jakie w życiu podjąłem i pierwszy rok po tej inwestycji to był najgorszy rok w moim życiu, jeśli chodzi o stres.

Mógłbyś opowiedzieć jak wyglądał twój dzień w momencie kiedy miałeś 3 biznesy, które funkcjonowały na raz. Miałeś w ogóle czas, żeby spać?

Zazwyczaj wstawałem koło piątej – szóstej rano. Potem trzeba było pojechać do warsztatu, studio ogarniałem przez telefon, a następnie zajmowałem się sklepem.

Jaka była twoja rola w warsztacie? Sam przyjmowałeś klientów?

Na początku tak, ale później musiałem odsunąć się od tego i zaufałem jednej osobie, która miała mi ten warsztat prowadzić. Niestety, nie wyszedłem na tym najlepiej. Powierzchownie kontrolowałem warsztat, a całą uwagę kierowałem na supermarkecie. Siedziałem tam do szóstej, siódmej wieczorem, wracałem do Lincoln, szybki prysznic, garnitur i ochrona. Do domu wracałem o trzeciej. Było bardzo ciężko. Byłem wykończony psychicznie i fizycznie. Było to nie do wytrzymania.

Rozumiem, że dzisiaj jest już inaczej?

Tak, oczywiście…

Powiedz, w tamtym czasie, gdy byłeś tak bardzo zajęty, czy z dzisiejszej perspektywy zrobiłbyś coś inaczej?

Nie, nie dałoby się w inny sposób. Wszedłem w takie domino inwestycyjne i już nie mogłem się zatrzymać. Gdybym się zatrzymał, straciłbym wszystko. To była nauka dla mnie i najważniejsze jest dla to, że się nie poddałem. Tamto półtora roku jest po prostu wyrwane z życiorysu. Ale teraz nic nie jest w stanie mnie przestraszyć. Ja cały czas szukałem czegoś dla siebie. Nie czułem ani warsztatu, ani fryzjerstwa. W ochronie odnajdywałem się super – jestem dobry w kontaktach międzyludzkich. To natomiast nie spełniało moich ambicji. Szukałem dalej.

W tej chwili masz już 5 sklepów pod marką Pasikonik. Gdzie się znajdują?

W Wisbech, Hull, Goole i Mansfield a teraz przygotowujemy Scunthorpe. Nadal mam inną firmę, która posiada sklep “Lajkonik”. Garaż i fryzjerstwo już odeszły. Kiedy wreszcie doszedłem do tego, że pierwszy supermarket spłacił się, poczułem się pewniej i wiedziałem też, że w taki sposób nie da się dłużej żyć. Posprzedawałem wszystkie „ogony”, żebym mógł koncentrować się na jednym.

Jak się teraz czujesz, z jednym biznesem? Jak wygląda twój dzień obecnie?

Dobrze. Też wstaję rano, ale o ósme, pracę kończę o 17, od poniedziałku do piątku.

Jak teraz wygląda struktura twojej działalności? Czy poza tym, że jesteś właścicielem pracujesz też jako manager?

Nie. Struktura wygląda tak: nad pracownikami jest manager i jego asystent. Nad nimi są project menadżerzy, którzy zajmują się otwieraniem kolejnych sklepów i mam jeszcze operation managera, który sprawuje pieczę nad wszystkim. Ja zajmuję się nadzorem: oglądam cyferki, słupki i promuję brand, również szukam nowych lokalizacji i koordynuję realizowane projekty takie jak otwieranie nowych lokalizacji.

Bardzo ciekawe podejście patrząc na to, że większość polskich sklepów nie jest w polskich rękach. Np. w moim mieście, w Hull, 90% to są sklepy należące do Pakistańczyków i południowych krajów. Ich filozofia otwierania jest taka, by pozostać sklepem małym, lokalnym. Raczej nie ma tutaj ruchów w kierunku rozwoju, otwierania następnych gałęzi. U ciebie zaś to wygląda zupełnie inaczej. Ty nie jesteś właścicielem, który stoi za ladą, wręcz przeciwnie – odsuwasz się od tego i starasz się budować na szerszą skalę. Czy takie postępowanie się opłaca? Bo koszty są na pewno zdecydowanie większe.

Tak, są większe, ale my wychodzimy z założenia, że będziemy zarabiać w skali. Nastawiamy się na markę, jakość, obsługę. W tym widzimy przyszłość. Chcemy zostać pierwszą naprawdę polską siecią w Anglii. Taki jest nasz cel i myślę, że go zrealizujemy z naszą strukturą i naszym podejściem. Małe sklepy – moim zdaniem – nie funkcjonują tak jak powinny. To nie przekłada się na profity, my stawiamy na większe sklepy, po dwieście, trzysta metrów z wysokim standardem wyposażenia. I idziemy w tym kierunku.

Czy jesteś zadowolony, czy w głowie masz już następny pomysł?

Nie, nie. To jest moja ścieżka i nie przestanę nią iść, dopóki „Pasikonik” nie będzie skakał z miasta do miasta i niestanie się ogólno-angielską siecią, a nasz brand będzie wszędzie rozpoznawalny. Uwielbiam to, co robię. Wstaję szczęśliwy idąc do pracy. Uwielbiam, gdy mamy nową lokalizację i z architektem oglądamy przestrzeń, stwarzamy projekt, potem obserwuję jego realizacje aż do momentu, kiedy zaczyna wjeżdżać towar. Potem nadchodzi ten moment, kiedy strasznie się boję. Zawsze jest taki moment zwątpienia. Otwieramy i nagle są klienci. I jest OK. Przekłada to się wszystko w cyferkach tak jak powinno.

Masz ciekawe podejście do otwieranie sklepów w centrach miast, w miejscach gdzie niekoniecznie są to polskie dzielnice, ale są to centra handlowe, gdzie niekoniecznie da się zaparkować. Skąd takie podejście?

Chcemy być otwarci nie tylko na polski rynek, chcemy wypromować polskie jedzenie, również na angielskim rynku. W sklepie w Hull naprzeciwko Primarka zauważyliśmy duży wzrost klienteli angielskiej. Przychodzą i kupują polskie sery i wędlinę i bardzo zachwalają również piwa, chipsy, słodycze. Powiedzmy, w tym formacie i lokalizacji przekonujemy do siebie angielską populację. Obecnie 30% klientów to Anglicy. Reszta to są Europejczycy, my nie jesteśmy sklepem polskim, ale europejskim. Chcemy zachęcić wszystkich Europejczyków, by korzystali z naszych usług.  W tym kierunku chcemy się rozwijać. Chcemy się nastawiać więc i na Europejczyków, i na Anglików.

W końcu Anglia to też Europa.

Oczywiście. Przynajmniej na razie, bo UKIP bardzo naciska na to, by wyjść z Unii.

Ale „Pasikonik” będzie mógł zostać, jeżeli nadal będzie dawał miejsca pracy.

Miejsca pracy, to tak. Na dzień dzisiejszy zatrudniamy 46 osób.

Co sądzisz na temat UKIP i ich stosunku do nas?

Nie wiem, raczej nie jestem pozytywnie nastawiony. Gdyby udało im się wdrożyć to, co zamierzają wdrożyć, to mój biznes mógłby skończyć się tragicznie. Bo jeśli UK wyjdzie z Unii, to import-eksport może być zagrożony, może będzie cło, ciężko powiedzieć.

Weszliśmy na tematy polityczne i wiem, że kandydujesz do lokalnych wyborów w Lincoln w tym roku, jak to się stało? Zajmujesz się biznesem, ciężko pracujesz i nagle na barki chcesz wziąć dodatkowe zadanie.

Zaczęło się to wszystko jakieś osiem miesięcy temu. Spotkałem takiego chłopaka, Igora, który zajmował się integracją European Community. Powiedział mi, że mają projekt, żeby wystawić do wyborów regionalnych przedstawicieli ze Wschodniej Europy i powiedział mi, że ze względu na moją pozycję, zarówno w polskiej i angielskiej społeczności, powiedział, że byłbym idealnym kandydatem. Najpierw zastanawiałem się „ale gdzie ja”? To przecież zupełnie nie jest w moim kierunku. Przespałem się z tym i zacząłem sobie myśleć, że tylu jest nas w Lincoln i cały czas zmagamy się z dyskryminacją, nikt nas nie traktuje poważnie, jest tylu ludzi z problemami, których nikt nie słucha, więc może przyszedł czas na zmianę. Postanowiłem dołączyć do projektu i kandydować, by móc zmienić kilka rzeczy.

Ciągle zastanawiam się, dlaczego jednak się zdecydowałeś. Co cię przekonało do wzięcia odpowiedzialności za społeczeństwo?

To, że możemy stworzyć historię. Najważniejszym moim celem było skończyć z dyskryminacją. Jest w Lincoln około 12.000 – 15.000 Polaków i traktują nas, jak traktują i nie jest za dobrze. Każdy jest dyskryminowany na różnym poziomie, np. w pracy. Zanim Polacy przyjechali, fabryki pracowały na prędkości 3 i pracowało 10-ciu operatorów. Polacy przyjechali i prędkość z 3 zwiększyła się na sześć i jeszcze zredukowali kilka etapów. Nadal Polacy pracują ambitnie i ciężko, cieszą się, bo Polak zawsze czerpie dumę z tego, co robi, a inni to wykorzystują. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem Polacy słyszą, że jeżeli coś im się nie podoba, to szef poszuka kogoś innego na to miejsce. Wychodzę z założenia, że skoro jest nas tylu, to powinniśmy mieć kogoś w Council. Kogoś, kto wysłucha naszych problemów i spróbuje je rozwiązać. Ja rozumiem, że nie zmienię świata, ale przynajmniej postaram się pomóc lub wspomóc ludzi w rozwiązywaniu problemów. Na dzień dzisiejszy nikogo nasze problemy nie obchodzą. Również chciałbym się zająć zachowaniem antyspołecznym, jak pijaństwo na ulicach i organizowanie rodzinnych imprez – ogólnie integracją okolicznej społeczności.

Czyli z jednej strony walka po stronie Polaków, którzy nie mogą sami rozwiązać swoich problemów, z drugiej – ich integracja. Czy sądzisz, że lokalna Council ma wpływ na to, ilu ludzi jest zatrudnianych i na politykę prywatnych firm?

Na pewno nie. Ale jeżeli będziemy mieli przedstawiciela w Council, to zaczniemy znaczyć więcej. Inni będą mieli poczucie strachu, że mamy głos. Jeżeli ktoś przyjdzie do mnie ze swoim problemem, to ja mogę napisać list czy wykonać telefon i to może dać szansę, że ich podejście się zmieni. Przestaniemy być traktowani jako tania siła robocza, bo te czasy się skończyły. My jesteśmy wykwalifikowani, zdolni, bardzo ambitni i zdeterminowani. To jest mój główny cel i główny motywator, dla którego kandyduję.

Chciałbyś zmienić obraz Polaków w oczach lokalnych Brytyjczyków.

To jest super co powiedziałeś. Ja przez kandydaturę i przez mój biznes właśnie zmieniam ten wizerunek. Chcę, żeby oni myśleli „kurcze, co to za super naród”, jak ktoś wejdzie do sklepu i zobaczy, że jest super standard i chcę, żeby to samo dotyczyło mojego kandydowania.

Rozmawiając teraz z Tobą widzę jak blisko ta sprawa jest Twojego serca. 

To jest idea. Ja nie robię tego z pobudek finansowych. To jest moja misja. Dosłownie.

Świetnie jest słuchać człowieka, który mówi tak od serca o tym, co jest dla nas wszystkich – wszystkich Polaków w Wielkiej Brytanii – tak bardzo istotne. Życzę powodzenia w tych wyborach.

Nasz cel to nie jest tylko City Council. Następnym będzie County Council i jak nas dalej zaniesie. Projekt jest szeroki.

Życzę wam tego i żeby faktycznie Polacy, którzy mają problemy mogli liczyć na waszą pomoc i żeby byli traktowani poważnie.

Mieszkamy tu kupę lat, robimy kawał dobrej roboty, za cokolwiek się weźmiemy, obojętnie czy to jest fabryka ciastek czy farmerstwo. Dziwne, w farmerstwie, ten cały rejon Bostonu to jest spiżarnia całej Anglii. Gdyby nie Europejczycy, to ten cały biznes padłby. Był nawet program na ten temat na BBC i wypowiadali się właściciele farm i mówili, że gdyby nie Polacy, Litwini, byłoby im bardzo ciężko, a może nawet by zbankrutowali.

Powiedzmy, że masz 15 sekund do końca kampanii, co byś powiedział?

Nie będę się reklamował. Powiem tylko, że jeśli chcecie zmian, to idźcie i zagłosujcie. Bez tego żadna zmiana nie jest możliwa i to w was jest wasza siła. Pójdziecie, zagłosujecie, my postaramy się zrobić co w naszej mocy, żeby zmienić całą tą sytuację.

Czy mogą z Tobą skontaktować się ludzie, którzy chcieli by porozmawiać z Tobą nie tylko na temat polityki, ale także na temat biznesu? Może ludzie, którzy chcieliby rozpocząć jakiś własny biznes. Czy można się z Tobą jakoś skontaktować?

Jestem bardzo otwarty na takie rozmowy. Najłatwiej kontaktować się ze mną mailowo, bo telefony to mi się po prostu urywają. Więc najlepiej mailowo: k.lisiecki@imperiadistribution.com, z przyjemnością jeżeli będę mógł komukolwiek w jakikolwiek sposób pomóc, chętnie przyjadę na kawę.

A może jakieś spotkania organizujecie? 

Mamy w Lincoln organizację, która nazywa się Eastern European Group. Oni organizują takie dni pomocy wszelkiego rodzaju. Ludzie mogą przyjść i porozmawiać. Staramy się też, by ktoś z konsulatu przyjeżdżał do nas i pomagał w załatwianiu np. paszportów. Chcemy też załatwić, żeby osoby, które starają się o jakieś dokumenty, nie musiały jechać do Londynu czy do Manchesteru, ale mogły załatwić to w naszym biurze.

Twoja historia jest bardzo ciekawa i pokazuje, że dzięki ciężkiej pracy i determinacji można osiągnąć naprawdę wiele.

Najważniejsze jest to, żeby się nigdy nie poddawać, nieważne jak ciężko jest i nie koncentrować się na bólu, ale na tym, co ważne, jak to ktoś kiedyś mądrze powiedział „Koncentruj się na celu, nie na problemach”. Na koniec chciałbym podziękować pewnej firmie, która jest z nami od samego początku. Budowa naszego brandu byłaby niemożliwa bez dobrego dostawcy jakim jest Master Media.

Ja dziękuję za rozmowę. 

Dziękuję.